Część 2 — Dalszy ciąg historii
Stałam nieruchomo z serwetkami w dłoniach.
Mărioara roześmiała się pierwsza.
— Vega? A co to takiego?
Pan Petrescu nie odpowiedział.
Czekał na moją odpowiedź.
— Tak — powiedziałam. — Tym imieniem podpisywałam prace, które opuszczały moją pracownię.
— Wiedziałem.
Nie wyglądał na człowieka zachwyconego spotkaniem ze sławną osobą.
Po prostu cieszył się, że rozwiązał pewną zawodową zagadkę.
— Widziałem trzy przedmioty odrestaurowane przez panią. W tym ten.
Wskazał krzyż.
Teść spojrzał na mnie.
— To ty go naprawiłaś?
— Prawie dziewięć lat temu.
— Ten konkretny?
— Tak.
Mărioara pokręciła głową.
— Dajcie spokój. Bądźmy poważni.
Petrescu zwrócił się do niej.
— Dlaczego pani wątpi?
— Bo ona…
Urwała.
Prawdopodobnie znów zamierzała powiedzieć, że nie skończyłam studiów.
— Cătălina pracowała w pracowni konserwatorskiej — wtrącił Andrei.
Odwróciłam się do niego.
Doskonale wiedział, że było to znacznie więcej.
Petrescu zadał mi kilka pytań dotyczących przeprowadzonej wtedy renowacji.
Odpowiedziałam.
Opowiedziałam o łączeniu.
O fragmencie pokrytym emalią.
O tym, dlaczego postanowiłam zachować maleńką niedoskonałość, zamiast zeszlifować zbyt dużo oryginalnego metalu.
Po trzecim pytaniu nie musiałam już niczego udowadniać.
— Niezwykłe — powiedział teść.
Mărioara odstawiła kieliszek na stół.
— Dobrze. Naprawiła kilka starych przedmiotów. I co to zmienia?
Wtedy coś zrozumiałam.
Żadne moje słowa nie sprawią, że nagle stanie się kobietą, która mnie szanuje.
A ja nie potrzebowałam już jej do tego przekonywać.
— Nic — odpowiedziałam.
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
— Słucham?
— Dla pani niczego to nie zmienia.
Petrescu chciał coś powiedzieć, ale Andrei podszedł bliżej.
— Mamo, wystarczy.
Przez chwilę myślałam, że wreszcie stanie po mojej stronie.
Potem jednak odwrócił się do mnie.
— Cătălina, proszę. Nie teraz. To ich rocznica.
Patrzyłam na niego.
Siedem lat.
Przez siedem lat odpowiedź zawsze była taka sama.
Nie teraz.
Nie warto.
Odpuść.
Przecież wiesz, jaka jest mama.
— To kiedy, Andrei?
— Porozmawiamy w domu.
— Mówisz mi to od siedmiu lat.
— Proszę, nie tutaj.
— Właśnie.
Położyłam serwetki na stole.
— Nigdy tutaj. Nigdy przy niej. Nigdy wtedy, kiedy to naprawdę ma znaczenie.
Mărioara westchnęła.
— Boże, teraz robisz scenę, bo ktoś rozpoznał twoją pracę sprzed dziesięciu lat?
Odwróciłam się do niej.
— Nie. Po prostu przestałam coś dla pani robić.
— Co takiego?
— Przekonywać panią, że jestem coś warta.
Wzięłam torebkę.
Petrescu zatrzymał mnie, zanim wyszłam.
Nie zaproponował mi odrestaurowania żadnego bezcennego skarbu.
Podał mi tylko wizytówkę.
— Jeśli zechce pani kiedyś wrócić do zawodu, proszę zadzwonić. Mam kilka przedmiotów, których stan należałoby ocenić.
Przyjęłam kartonik.
— Dziękuję.
Andrei wyszedł za mną na parking.
— Cătălina!
Zatrzymałam się.
— Co robisz?
— Wracam do domu.
— A ja?
— Ty masz rocznicę do świętowania.
— Nie rób tego.
Zaśmiałam się gorzko.
— Czego, Andrei?
— Zmieniasz jeden nieudany wieczór w coś znacznie większego.
Spojrzałam na niego i zrozumiałam, że nadal niczego nie pojmuje.
— Problemem nie jest ten wieczór.
— Wiem, że mama przesadziła.
— Twoja matka nie jest moim największym problemem.
Zamilkł.
— Wiedziałeś, kim jestem, kiedy się poznaliśmy. Wiedziałeś, ile pracy w to włożyłam. Wiedziałeś, co znaczyła dla mnie pracownia.
— Nie prosiłem, żebyś zrezygnowała na zawsze.
— Nie. Prosiłeś tylko, żebym jeszcze poczekała. A potem jeszcze trochę. Żebym nie mówiła o tym przy twojej matce. Żebym nie odpowiadała, kiedy mnie poniżała. Żebym nie psuła niedzielnych obiadów.

Andrei przesunął dłonią po twarzy.
— Chciałem spokoju.
— Wiem.
Właśnie na tym polegał problem.
— Chciałeś mieć święty spokój i zapłaciłeś za niego moją godnością.
Nie znalazł odpowiedzi.
Tamtej nocy spałam w innym pokoju.
Następnego dnia wyciągnęłam ze schowka pudła, których nie otwierałam od lat.
Lupa.
Pęsety.
Drobne narzędzia.
Kilka uchwytów.
Część rzeczy wymagała wymiany.
Inne wystarczyło wyczyścić.
Moja ręka nie była już tak pewna jak dawniej.
Mimo to wybrałam numer z wizytówki.
Petrescu nie położył przede mną bezcennego zabytku.
Przyniósł starą srebrną broszkę z uszkodzonym zapięciem i zapytał, czy mogę ocenić jej stan.
Oglądałam ją prawie godzinę, zanim odpowiedziałam.
— Mogę.
Pierwsza praca zajęła mi znacznie więcej czasu niż kiedyś.
Dwa razy musiałam zrobić przerwę, ponieważ sztywniały mi palce.
Ale kiedy skończyłam, wiedziałam, że wciąż to potrafię.
Vega nie zniknęła.
Po prostu zamknęłam ją w pudle na siedem lat.
Z Andreim wszystko szło trudniej.
Początkowo przekonywał mnie, że możemy wrócić do naszego normalnego życia, a on porozmawia ze swoją matką.
— Tamto życie było normalne dla ciebie — powiedziałam. — Dla mnie już nie jest.
Przestałam chodzić na niedzielne obiady.
Mărioara się rozzłościła.
Potem poczuła się urażona.
W końcu powiedziała Andreiowi, że odsuwam go od rodziny.
Po raz pierwszy ten problem nie został przerzucony na mnie.
Andrei powiedział jej, że może przychodzić sam, jeśli zechce, ale nie będzie już prosił mnie, żebym siedziała przy stole i znosiła obelgi tylko po to, by panował spokój.
To był początek.
Niewystarczający, by wymazać siedem lat.
Ale jednak początek.
Znalazłam niewielki lokal na pracownię.
Nic nadzwyczajnego.
Pokój z dużym oknem, solidnym stołem i wystarczającą ilością miejsca na narzędzia.
Pierwsze miesiące były trudne.
Z niektórymi dawnymi klientami straciłam kontakt.
Inni znaleźli już sobie nowych konserwatorów.
Przyjmowałam drobne zlecenia.
Pracowałam powoli.
Potem przyszło kolejne.
I jeszcze jedno.
Pewnego popołudnia Andrei przyszedł do pracowni.
Nigdy wcześniej tam nie był.
Pracowałam właśnie nad starą bransoletką.
Usiadł na krześle w kącie i przez kilka minut mi się przyglądał.
— Mama pytała, czy przyjdziesz w niedzielę.
Nie podniosłam wzroku.
— Znasz odpowiedź.
— Tak.
Zapadła cisza.
Po chwili dodał:
— Powiedziałem jej, że nie przyjdziesz.
Pracowałam dalej.
— I?
— Zrobiła awanturę.
Spojrzałam na niego.
— A ty co zrobiłeś?
— Wyszedłem.
Tylko tyle.
Bez przemowy.
Bez przedstawiania matki jako potwora.
Bez oczekiwania, że go pochwalę.
Po kilku minutach podszedł do mojego stołu.
Popatrzył na pęsetę w moich palcach i maleńki element, który trzymałam pod lupą.
— Zapomniałem, co potrafisz zrobić tymi rękami.
Przerwałam pracę.
Spojrzałam na swoje dłonie.
Te same dłonie, które przez siedem lat nosiły talerze, podczas gdy inni decydowali, ile jestem warta.
Potem spojrzałam na Andreia.
— To nie ty zapomniałeś.
Ponownie uniosłam pęsetę.
— To ja zapomniałam.







