**Część 2 — Dalszy ciąg historii**
Sorin przez kilka sekund patrzył na mnie w milczeniu.
— Elena…
Camelia wysiadła z samochodu.
— Sorin, chodź już. Nie widzisz, że przeszkadzasz tej kobiecie?
Odwróciłam głowę w jej stronę.
Ten sam głos.
Nie musiałam oglądać jej paznokci ani czuć zapachu perfum.
Sześć miesięcy wcześniej wystarczył mi właśnie ten głos.
Sorin zrobił krok w moją stronę.
— Zapytałem, czyje to dziecko.
— Wiem, o co zapytałeś.
— Więc odpowiedz.
— Twoje.
Zamrugał.
Raz.
Drugi.
Potem spojrzał na Camelię i znowu na mnie.
— Co?
— To twoje dziecko, Sorin.
— A ty…
Przesunął dłonią po ustach.
— Wiedziałaś?
— Dowiedziałam się trzy tygodnie po rozwodzie.
Cofnął się o krok.
— Siódmy miesiąc…
— Tak.
— I nie uznałaś, że powinnaś mi powiedzieć?
To zabolało.
Nie dlatego, że robił mi wyrzuty.
Dlatego, że przez krótką chwilę zobaczyłam dokładnie, co o mnie myśli.
— Uznałam.
— Więc dlaczego tego nie zrobiłaś?
Spojrzałam na Camelię.
Ona już na mnie nie patrzyła.
— Przyszłam ci powiedzieć.
Sorin zmarszczył brwi.
— Dokąd?
— Do ciebie.
— Kiedy?
— Kilka dni po tym, jak lekarz potwierdził ciążę. Przyszłam do twojego mieszkania.
Wyraz jego twarzy nie zmienił się tak, jak oczekiwałam.
Nie było na niej poczucia winy.
Było zdumienie.
— Elena, przecież nigdy do mnie nie przyszłaś.
Wtedy zrozumiałam.
— Przyszłam.
— Nie.
— Stałam pod twoimi drzwiami.
— Nie widziałem cię.
— Bo to nie ty mi otworzyłeś.
Sorin znieruchomiał.
Potem powoli się odwrócił.
Camelia stała ze skrzyżowanymi rękami.
— Co? — zapytała.
— Camelia.
— O co chodzi?
— Elena była u nas w mieszkaniu?
— Skąd mam wiedzieć?
— Już wtedy tam mieszkałaś.
— I co z tego?
— Otworzyłaś jej drzwi?
Camelia krótko się zaśmiała.
— Sorin, minęło sześć miesięcy. Mam pamiętać każdego, kto któregoś dnia zadzwonił do drzwi?
— Ja pamiętam — powiedziałam.
Spojrzała na mnie.
— Oczywiście, że ty pamiętasz.
— Powiedziałaś, że Sorin buduje sobie nowe życie. „Bez przeszłości, bez komplikacji”. I że znam drogę powrotną.
Sorin przeniósł na nią wzrok.
Camelia wzruszyła ramionami.
— Może przyszłaś. Nie pamiętam dokładnie.
— Przed chwilą nic o tym nie wiedziałaś.
— Powiedziałam, że nie pamiętam.
— Nie — odezwał się Sorin. — Powiedziałaś, że nie wiesz.
Jego głos się zmienił.
Camelia uniosła brodę.
— Dobrze. Może przyszła.
— „Może”?
— Sorin, dopiero zaczynaliśmy być razem. Twoja była żona pojawia się pod drzwiami kilka tygodni po rozwodzie. Co miałam zrobić? Zaprosić ją na kawę?
— Powinnaś była mi powiedzieć.
— Po co? Nie wspominała o żadnym dziecku.
Spojrzałam na nią.
To było kłamstwo.
— Powiedziałam ci, po co przyszłam.
— Nie.
— Powiedziałam: „Muszę porozmawiać z Sorinem. Jestem w ciąży”.
Camelia pokręciła głową.
— Niczego takiego nie powiedziałaś.
Sorin patrzył to na jedną, to na drugą.
— Elena, jesteś pewna?
To pytanie mnie dotknęło.
Ale było uczciwe.
Nie było go przy tym.
Nie mógł wiedzieć.
— Tak.
— I co potem?
— Potem zamknęła mi drzwi przed nosem.
— Dlaczego nie zadzwoniłaś?
Zamilkłam.
Na to nie miałam dobrej odpowiedzi.
— Bo byłam zraniona.
— Elena…
— Wiem.
Położyłam dłoń na brzuchu.
— Wiem, co powiesz. Mogłam spróbować jeszcze raz. Mogłam zadzwonić. Mogłam napisać. Nie zrobiłam tego.
— Dlaczego?
— Bo właśnie się rozwiedliśmy. Przyszłam pod twoje drzwi, żeby powiedzieć ci, że jestem w ciąży, a kobieta, z którą zacząłeś nowe życie, oznajmiła mi, że nie chcesz przeszłości ani komplikacji. Uwierzyłam jej.
Camelia natychmiast się wtrąciła:
— Widzisz? Uwierzyła w to, w co chciała wierzyć. Nie ukrywałam żadnego dziecka. Nie wiedziałam, czy to prawda, czyje ono jest ani nawet czy nie przyszła tylko po to, żeby cię odzyskać.
— Powiedziałam ci, że jestem w ciąży.
— Teraz tak twierdzisz.
— Dosyć — powiedział Sorin.
— Nie, wcale nie dosyć! — wybuchła Camelia. — Spójrz na tę sytuację. Twoja była żona pojawia się po rozwodzie w ciąży i teraz to ja mam być potworem w tej historii?
— Nie miałaś prawa decydować, czy się z nią zobaczę.
— Chroniłam cię!
— Przed czym?
— Dopiero co zakończyłeś tamto małżeństwo!
Sorin długo na nią patrzył.
— Więc dlaczego powiedziałaś mi wtedy, że przyszła jakaś kobieta, która pomyliła mieszkania?
Camelia zamilkła.
Spojrzałam na niego.
— Tak ci powiedziała?
— Zapytałem tamtego dnia, kto dzwonił. Powiedziała, że jakaś kobieta szukała innego mieszkania.
Po raz pierwszy Camelia nie miała gotowej odpowiedzi.
— Nie pamiętam, co powiedziałam ci sześć miesięcy temu.
— Ja pamiętam — odparł Sorin.
Zapadła długa cisza.
Camelia wyjęła torebkę z samochodu.
— Bardzo dobrze. Skoro już zdecydowałeś, kto kłamie, nie ma sensu, żebym tu została.
— Niczego nie zdecydowałem.
— Właśnie to robisz.
— Zapytałem, czy Elena przyszła pod nasze drzwi. Najpierw powiedziałaś, że nie wiesz, potem, że może przyszła. A tamtego dnia mówiłaś mi, że to był ktoś inny.
— Bo nie chciałam, żeby znowu wciągnęła cię w to samo!
Sorin nie odrywał od niej wzroku.
Camelia zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała.
— Czyli wiedziałaś, kim była — odezwał się.
— Sorin…
— Wiedziałaś.
— Tak, wiedziałam, że to Elena!
— A wiedziałaś, po co przyszła?
Camelia nie odpowiedziała.
Nie musiała.
Otworzyła drzwi samochodu.
— Odwieź mnie do miasta.
— Nie teraz.
— Słucham?
— Muszę porozmawiać z Eleną.
— A ja co mam robić?
— Nie wiem.
— Bardzo miło.
— Camelia, nie teraz.
Wsiadła do samochodu i trzasnęła drzwiami.
Nie czułam satysfakcji.
Niczego nie wygrałam.
Schyliłam się po drewno.
Sorin natychmiast podszedł.
— Zostaw.
— Dam radę.
— Jesteś w siódmym miesiącu.
— Wczoraj też byłam.
Stał z wyciągniętą ręką.
— Pozwól mi chociaż je zanieść.
— Nie trzeba.
Wtedy otworzyła się furtka po drugiej stronie ulicy.
Wyszedł Ilie.
Spojrzał na mnie, potem na Sorina i samochód.
O nic nie zapytał.

Podszedł, podniósł polana z ziemi i wziął je na ręce.
— Mówiłem ci rano, żebyś je zostawiła.
— Wiem.
— I?
— Nie posłuchałam.
— Zauważyłem.
Sorin mu się przyglądał.
— Kto to?
— Ilie. Mój sąsiad.
Ilie krótko skinął mu głową.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
Potem ruszył z drewnem na moje podwórko.
Sorin odprowadził go wzrokiem.
— On ci pomaga?
— Tak.
— Od kiedy?
— Jakie to ma znaczenie?
— Dla mnie ma.
— Odkąd przestałam dawać sobie radę ze wszystkim, co wcześniej robiłam sama.
Spuścił wzrok.
— Mogę przyjść jutro?
— Po co?
— Porozmawiać.
— O dziecku, tak.
Podniósł oczy.
— Tylko o dziecku?
— Sorin, rozwiedliśmy się, zanim dowiedziałam się o ciąży. Dziecko oznacza, że będziemy rodzicami. Nie usuwa powodów, przez które nie mogliśmy już być mężem i żoną.
— Nie chcę teraz o niczym decydować.
— Ja też nie.
— Po prostu nie chcę już niczego przegapić.
— Więc zacznij od tego, żeby nie próbować nadrobić siedmiu miesięcy w tydzień.
Następnego dnia przyszedł sam.
Chciał pójść ze mną na kolejną wizytę kontrolną.
Zgodziłam się.
Nie dla niego.
Dla dziecka.
Camelii nie było przy nim. Nie zapytałam, co się wydarzyło.
Po kilku tygodniach sam powiedział, że się rozstali.
Nie tamtego dnia.
Nie na wiejskiej drodze.
Próbowali być dalej razem, ale kłamstwo pozostało między nimi. Camelia wciąż utrzymywała, że zrobiła to, co uważała za najlepsze dla ich związku. Sorin nie potrafił pogodzić się z tym, że zdecydowała za niego, czy powinien dowiedzieć się, że zostanie ojcem.
Między nim a mną wszystko toczyło się wolniej.
Znacznie wolniej, niż by chciał.
Przychodził na wizyty.
Kupił łóżeczko.
Pewnej soboty zjawił się z bagażnikiem pełnym rzeczy dla dziecka.
Ubranka.
Pieluchy.
Wózek tak drogi, że spojrzałam na niego dwa razy.
— Sorin, połowy z tych rzeczy nawet nie potrzebujemy.
— Chcę pomóc.
— Więc zapytaj, czego nam potrzeba.
Został przy otwartym bagażniku.
— Próbuję nadrobić stracony czas.
— Nie możesz odkupić tych miesięcy.
— Wiem.
— Więc nie próbuj.
Pewnego popołudnia zastał mnie na podwórku.
Ilie naprawiał fragment ogrodzenia.
Sorin podszedł do mnie z dwiema torbami.
— Przyniosłem ci…
Urwał, kiedy go zobaczył.
Ilie przywitał się i wrócił do pracy.
Sorin spojrzał na płot.
Potem na drewno ułożone pod wiatą.
— Dużo tu robi.
— Pomógł mi.
— Mogłaś poprosić mnie.
Popatrzyłam na niego.
— Kiedy?
Nie odpowiedział.
— Sorin, przyszłam pod twoje drzwi.
Spuścił oczy.
— Wiem.
— Później już nie przyszłam. Za to biorę odpowiedzialność. Ale nie mów mi teraz, że powinnam była prosić cię o noszenie drewna, kiedy byłam przekonana, że nie chcesz nawet o mnie słyszeć.
— Nie to miałem na myśli.
— A co?
Spojrzał w stronę Iliego.
— Nie wiem.
Zrozumiałam.
— Mam nadzieję, że nie jesteś zazdrosny.
— Może trochę.
— Nie masz do tego prawa.
— To też wiem.
Po raz pierwszy nie próbował się bronić.
Postawił torby na ziemi.
— Mogę coś zrobić?
Spojrzałam na stos drewna, który trzeba było jeszcze przenieść pod dach.
— Możesz.
Wskazałam mu go.
Sorin zdjął zegarek, schował go do kieszeni i zabrał się do pracy.
Ilie zerknął na niego tylko raz.
Nie zamienili ani słowa.
Nie było takiej potrzeby.
Kilka tygodni później Sorin siedział wieczorem na werandzie.
Dziecko się poruszyło, więc położyłam jego dłoń na swoim brzuchu.
Poczuł kopnięcie.
Znieruchomiał.
— To on?
— Tak.
Uśmiechnął się.
Potem oczy zaszły mu łzami.
— Dużo straciłem.
— Tak.
Nie powiedziałam, że to nie ma znaczenia.
Miało.
— Pozwolisz mi być jego ojcem?
— Jeśli będziesz ojcem również wtedy, kiedy zrobi się trudno. Nie tylko wtedy, gdy kupujesz wózek.
— Będę.
— Nie obiecuj.
Spojrzał na mnie.
— Więc co mam zrobić?
— Pokaż mi.
W tej chwili otworzyła się furtka.
Ilie wszedł z naręczem drewna.
— Gdzie je położyć?
Wskazałam wiatę.
Sorin natychmiast wstał.
— Proszę mi je dać.
Ilie przyglądał mu się przez sekundę.
Potem podał mu polana.
Sorin wziął je i ruszył pod wiatę.
Patrzyłam za nim.
Kilka miesięcy wcześniej oddałabym wszystko, żeby tam był.
Teraz nie musiałam już wracać do naszego małżeństwa, żeby zrobić mu miejsce w życiu dziecka.
To była różnica, którą wreszcie zrozumiał także on.
Nie wiedziałam, co będzie między mną a Iliem.
Nie wiedziałam też, jakim ojcem Sorin okaże się za pięć czy dziesięć lat.
Ale nie musiałam już rozstrzygać wszystkiego jednego dnia.
Sorin wrócił po kolejne naręcze drewna.
Odruchowo chciałam wstać.
Ilie dał mi znak, żebym została na miejscu.
— Zostaw. Jest komu nosić.
Tym razem zostałam na werandzie.







