„Krawcowa postanowiła pobawić się w damę” – prychnęła z kpiącym uśmieszkiem teściowa. Właścicielka butiku wyszła, by omówić ze mną nową kolekcję.

Historie rodzinne

Tego dnia jeszcze nie wiedziałam, że za pół godziny Ludmiła Siergiejewna sama poprosi mnie, żebym nie opowiadała Andriejowi o naszej rozmowie w sklepie. Na razie stała przed lustrem w jasnym żakiecie, poprawiała kołnierz i tłumaczyła sprzedawczyni, dlaczego „porządną rzecz od razu można rozpoznać”.

Słuchałam jej jednym uchem. Na ladzie przy kasie leżała moja torba z modelem próbnym przygotowanym właśnie dla tego butiku. Teściowa nic o niej nie wiedziała.

Do tego momentu dochodziłyśmy przez prawie cztery lata.

**To przecież robota na jeden wieczór**

Pierwsza poważna rozmowa odbyła się na początku naszego małżeństwa. Już od kilku lat szyłam na zamówienie i pracowałam w niewielkiej pracowni niedaleko domu. Stały tam dwie maszyny do szycia, duży stół krojczy, lustro i stojak na gotowe ubrania. Starałam się nie przynosić pracy do domu.

Pewnego sobotniego poranka Ludmiła Siergiejewna przyjechała bez zapowiedzi, postawiła pod ścianą dużą torbę i weszła do kuchni.

— Są tam moje spodnie, sukienka Swiety, bluzka siostrzenicy i jeszcze jedne spodnie. Zerkniesz? — zapytała, kiedy Andriej nalewał już herbatę.

Zajrzałam do torby. W jednych spodniach trzeba było wymienić zamek, drugie skrócić. Sukienka wymagała przeróbek, a w bluzce rozchodziło się zapięcie.

— W przyszłym tygodniu jestem zajęta. Jeśli to nic pilnego, zajmę się tym później.

Ludmiła Siergiejewna zdziwiła się tak, jakbym odmówiła podania jej soli.

— Ale czym tu się zajmować? Przecież zrobisz to w jeden wieczór.

— Wieczorami zwykle kończę zamówienia, które już przyjęłam.

— Ksiusza, przecież jesteśmy rodziną.

Andriej siedział naprzeciwko mnie i wyjątkowo starannie mieszał herbatę. W końcu jednak się odezwał:

— Zrób chociaż spodnie mamy, żeby nie było niepotrzebnej afery.

Skróciłam jej spodnie, a pozostałe rzeczy porządnie złożyłam i schowałam z powrotem do torby. Ludmiła Siergiejewna odebrała ją dwa dni później, a podczas najbliższego rodzinnego obiadu oznajmiła swojej siostrze:

— Ciekawe są te dzisiejsze młode krawcowe. Za każdy szew liczą sobie pieniądze.

Siostra spojrzała na mnie, po czym zajęła się sałatką. Andriej również milczał.

Nie tłumaczyłam, dlaczego cztery cudze ubrania to nie „jeden wieczorek dla swoich”. Wprowadziłam za to prostą zasadę: zanim Ludmiła Siergiejewna cokolwiek mi przyniesie, musi zapytać.

Przestrzegała jej mniej więcej co drugi raz.

**Praca, której nikt nie widział**

Mając trzydzieści cztery lata, szyłam już od jedenastu. Zaczynałam w zakładzie krawieckim, później pracowałam w małej szwalni, a w końcu zaczęłam przyjmować własne zamówienia. Nie dorobiłam się fortuny, ale zarabiałam przyzwoicie i od dawna nie prosiłam Andrieja o pieniądze na swoje wydatki.

Najdziwniejsze było to, że w domu prawie nikt nie widział mojej pracy. Rano wychodziłam do pracowni, wieczorem wracałam. Być może dlatego Ludmile Siergiejewnie tak łatwo przychodziło traktowanie mojego zawodu jak sympatycznego zajęcia kobiety, która umie posługiwać się igłą.

— Nasza Ksenia szyje — opowiadała znajomym. — Głównie jakieś sukieneczki, spódniczki.

Najbardziej drażniły mnie te „sukieneczki”.

Rok przed wydarzeniami w butiku zaczęłam współpracować z niewielkim sklepem z odzieżą damską. Właścicielka, Inna Walerjewna, zamawiała u mnie pierwsze egzemplarze kilku modeli. Później podczas przymiarek decydowała, co należy zmienić, a część krótkich serii również zlecała mnie.

Była to zwyczajna praca: terminy, poprawki, czasem konieczność przerobienia nieudanego modelu próbnego. Żadna bajka o słynnej projektantce.

Pewnego razu uszyłam sobie szarozielony garnitur: proste spodnie i luźny żakiet. Na urodzinach krewnego Andrieja Ludmiła Siergiejewna obejrzała mnie już w przedpokoju.

— Sama szyłaś?

— Tak.

Przesunęła palcami po klapie żakietu.

— Widać.

— Co dokładnie?

— No, że to nie ze sklepu. Tylko się nie obrażaj. Dobra, droga rzecz jednak wygląda inaczej.

Obok stała ciotka Andrieja. Chrząknęła i poszła do pokoju. Mąż udawał, że jest zajęty kurtką.

W drodze do domu zapytałam:

— Nie przeszkadza ci, że twoja mama tak do mnie mówi?

Westchnął.

— Po prostu coś palnęła. Przecież ją znasz.

— Ona bez przerwy umniejsza moją pracę, a ty za każdym razem prosisz, żebym tego nie zauważała.

— A czego oczekujesz? Mam się z nią pokłócić o żakiet?

Nie chciało mi się dłużej spierać. Następnego dnia miałam przymiarkę i cudzy rękaw interesował mnie wtedy bardziej niż rodzinna kłótnia, która i tak zawsze wracała do tego samego punktu.

**Sukienka na okrągłe urodziny**

Wiosną Ludmiła Siergiejewna kończyła sześćdziesiąt lat. Trzy tygodnie przed przyjęciem zadzwoniła i powiedziała, że kupiła materiał na sukienkę.

— Uszyjesz mi?

Otworzyłam kalendarz. Czekało mnie kilka intensywnych tygodni i zamówienie dla sklepu.

— Nie przyjmę tego zlecenia. Nie zdążę zrobić tego porządnie.

W słuchawce zapadła cisza.

— Czyli dla obcych masz czas, a dla matki męża nie?

— Mam już przyjęte zamówienia.

— Zapłacilibyśmy.

— Kto?

— A jaka to różnica? Na przykład Andriej.

Wieczorem okazało się, że Andriej o żadnej zapłacie nie słyszał. Matka zdążyła zadzwonić do niego przede mną i opowiedzieć, że „dla zasady odmówiłam pomocy przed tak ważnymi urodzinami”.

— Może jednak się zgodzisz? — zapytał. — Inaczej będzie o tym mówić przez cały tydzień.

— Mam odwołać zamówienie klientki?

— Nie, oczywiście, że nie.

— To sam jej powiedz, że to moja praca, a nie kółko robótek ręcznych, na które można przyjść w dowolnej chwili.

Przez chwilę chodził po kuchni, aż w końcu zadzwonił do matki przy mnie. Ludmiła Siergiejewna mówiła tak głośno, że poszczególne słowa słyszałam nawet bez włączonego głośnika.

Andriej kilka razy powtórzył, że jestem zajęta, po czym odłożył telefon na stół.

— Gotowe. Powiedziałem jej.

Teściowa zamówiła sukienkę w pracowni krawieckiej. Na przyjęciu leżała na niej dobrze i szczerze ją pochwaliłam.

— No widzisz — odpowiedziała. — Ludzie przyjęli zamówienie i uszyli. Nikt nie opowiadał o żadnej kolejce.

Wiedziałam, że dopłaciła za ekspresową realizację, ale nie zamierzałam się spierać.

Miesiąc później Ludmiła Siergiejewna przyniosła mi tę samą sukienkę. Trzeba było trochę poszerzyć ją w talii.

— Tam chodzi dosłownie o centymetr.

Podałam jej adres pracowni, w której ją uszyto.

Potem przez tydzień do mnie nie dzwoniła.

**Sklep z „porządnymi rzeczami”**

Przed kolejną rodzinną uroczystością Ludmiła Siergiejewna postanowiła kupić sobie garnitur i sama do mnie zadzwoniła.

— Pójdziesz ze mną? W końcu potrafisz ocenić, gdzie coś ciągnie i jak leży.

Nie zdołałam się powstrzymać:

— A myślałam, że domowe szycie nie pomaga znać się na dobrych ubraniach.

— Ksiusza, po co od razu zaczynasz? Przecież normalnie cię poprosiłam.

Wymieniła nazwę sklepu. Był to dokładnie ten butik, z którym współpracowałam już od półtora roku.

Powiedziałam o tym Andriejowi.

— To będzie ciekawe — zauważył. — Przecież zachwala połowę ich ubrań.

— Nie zamierzam urządzać żadnego przedstawienia.

Tym bardziej że naprawdę musiałam dostarczyć tam poprawiony model próbny żakietu. Umówiłyśmy się z Inną Walerjewną, że zostawię torbę u pracownicy, a o nowej niewielkiej kolekcji porozmawiamy później.

Przyjechałyśmy po południu. Ludmiła Siergiejewna od razu zaczęła mówić ciszej. Uważnie słuchała sprzedawczyni, ostrożnie zdejmowała żakiety z wieszaków i każdy odkładała na miejsce.

Ceny sprawiały, że traktowała te ubrania z szacunkiem, którego z jakiegoś powodu nie okazywała mojej pracy.

Wybrała ciemnowiśniowe spodnie i dwa jasne żakiety.

— Spójrz na ten — poprosiła, wychodząc z przymierzalni.

Poprawiłam kołnierz i poprosiłam, żeby uniosła ręce.

— Trochę ciasny w ramionach. Spróbuj rozmiar większy.

Sprzedawczyni przyniosła drugi rozmiar. Ludmiła Siergiejewna obróciła się przed lustrem i uśmiechnęła z zadowoleniem.

— Zupełnie co innego. Tutaj widać jakość. Nie obraź się, Ksiusza, ale dobry sklep to jednak dobry sklep.

Od razu rozpoznałam żakiet. Pierwszy egzemplarz tego modelu uszyłam poprzedniej jesieni, a później nieco zmieniałam rękaw i długość.

— Pasuje ci — powiedziałam.

Teściowa wyprostowała ramiona i spojrzała na mój szarozielony garnitur.

— A ty nadal nosisz te swoje rzeczy?

— Czasami.

Uśmiechnęła się kpiąco i zwróciła do sprzedawczyni.

— Krawcowa postanowiła udawać wielką damę.

Sprzedawczyni na sekundę zastygła z wieszakiem w ręku, po czym spuściła wzrok.

Nie tyle zrobiło mi się przykro, ile poczułam zażenowanie zachowaniem samej Ludmiły Siergiejewny. Dorosła kobieta stała w porządnym sklepie i przy obcej osobie próbowała wskazać mi miejsce, które sama dla mnie wyznaczyła.

Podeszłam do lady, postawiłam torbę z modelem próbnym przy kasie i zapytałam:

— Czy Inna Walerjewna jest dzisiaj na miejscu?

— Tak. Powiem jej, że pani przyszła.

Teściowa odwróciła się do mnie.

— Znasz właścicielkę?

Nie zdążyłam odpowiedzieć.

**Siedem modeli**

Inna Walerjewna wyszła z zaplecza z tabletem w ręku i od razu ruszyła w moją stronę.

— Ksenio, świetnie, że przyjechała pani osobiście. Wczoraj chciałam do pani napisać. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na siedem modeli, nie pięć.

Otworzyła zdjęcia.

— Ten żakiet zostawiamy prawie bez zmian, tylko rękaw powinien być luźniejszy. Czy pierwszy egzemplarz na przyszły piątek jest realny?

— Jeśli dzisiaj odbiorę materiał, to tak.

— Już dotarł. I proszę jeszcze spojrzeć na płaszcz. Na rysunku wszystko wygląda dobrze, ale obawiam się, że po uszyciu będzie sprawiał wrażenie zbyt ciężkiego.

Odeszłyśmy nieco na bok, żeby nie przeszkadzać klientkom. Rozmowa była zupełnie zwyczajna: terminy, dwie przymiarki i jeden model, z którego wprowadzeniem radziłam na razie poczekać.

Ludmiła Siergiejewna stała kilka kroków od nas z jasnym żakietem przewieszonym przez ramię.

W końcu zapytała:

— Przepraszam, Ksenia dla pani szyje?

Inna Walerjewna spojrzała na nią, a potem na mnie.

— Tak, oczywiście. Współpracujemy od dawna. Ksenia przygotowuje dla nas część modeli próbnych i szyje krótkie serie.

Po czym znów zwróciła się do mnie:

— Czyli piątek ustalony?

— Ustalony.

— Proszę zostawić torbę. Wieczorem obejrzę żakiet.

Wzięła ode mnie torbę i podeszła do pracownicy, która zawołała ją do innej klientki.

W sklepie nie zapadła żadna teatralna cisza. Sprzedawczyni nadal rozwieszała ubrania, a z przymierzalni wyszła kobieta i poprosiła o spodnie w innym rozmiarze.

Ludmiła Siergiejewna uniosła swój żakiet.

— Ten też robiłaś?

— Pierwszy egzemplarz.

— A spodnie?

— Nie.

— I od dawna z nimi pracujesz?

— Mniej więcej od półtora roku.

— Dlaczego nic nie mówiłaś?

— Nie pytałaś.

Powiesiła żakiet na stojaku, a po kilku sekundach znów go zdjęła i poszła do przymierzalni. Ostatecznie kupiła cały komplet.

W samochodzie przez jakieś dziesięć minut milczała, aż w końcu powiedziała:

— Nie musisz opowiadać Andriejowi całej naszej rozmowy w sklepie.

— Którego fragmentu?

Spojrzała na mnie i od razu zrozumiała, że doskonale pamiętam jej słowa.

— Wiesz którego.

— Nie zamierzałam mu nic opowiadać.

Na tym skończyłyśmy.

**Po wizycie w sklepie**

Andriej i tak dowiedział się niemal od razu, ale nie ode mnie. Matka sama do niego zadzwoniła i oznajmiła, że „przypadkiem wyszło na jaw”, iż pracuję dla tego butiku.

Spojrzał na mnie znad telefonu.

— Przypadkiem?

— Najzupełniej.

O jej uwadze dowiedział się później od ciotki. Ludmiła Siergiejewna zdążyła poskarżyć się siostrze, że rzekomo specjalnie zaprowadziłam ją do tego sklepu, żeby ją ośmieszyć.

Ciotka okazała się praktyczną kobietą.

— Luda, ale przecież sama wybrałaś ten sklep — powiedziała tydzień później przy mnie.

Teściowa odpowiedziała, że nie o to chodzi, i natychmiast zmieniła temat.

Najbardziej zauważalna zmiana nastąpiła po trzech tygodniach. Ludmiła Siergiejewna zadzwoniła w sprawie sukienki swojej siostry. Gdy zobaczyłam jej imię na ekranie, niemal z góry usłyszałam znajome: „To tylko pięć minut roboty”.

Ale tym razem powiedziała inaczej:

— Ksiusza, sukienka Swiety jest za duża. Przyjmujesz teraz w ogóle takie przeróbki? Jeśli tak, od razu powiedz, ile to kosztuje.

Otworzyłam kalendarz.

— Do końca miesiąca niczego nie przyjmę. Później mogę obejrzeć.

Dawniej po takiej odpowiedzi usłyszałabym: „No oczywiście, obcy są ważniejsi”.

Tym razem tylko dopytała:

— Czyli lepiej zanieść do zakładu krawieckiego?

— Jeśli potrzebuje na weekend, to tak.

— Rozumiem.

Po kolejnych dwóch miesiącach przyszliśmy do niej na rodzinny obiad. Ludmiła Siergiejewna miała na sobie ten sam jasny żakiet z butiku.

Jedna z jej znajomych zapytała:

— Gdzie go kupiłaś? Bardzo dobrze leży.

Teściowa wymieniła nazwę sklepu i z jakiegoś powodu spojrzała na mnie. Ja nadal rozstawiałam talerze na stole i nie zamierzałam jej pomagać.

Pomilczała chwilę, po czym dodała:

— Ksenia z nimi współpracuje. Szyje dla nich niektóre modele.

Bez „sukieneczek”. Bez domowych robótek ręcznych.

Andriej pochwycił moje spojrzenie i lekko się uśmiechnął.

Tydzień później Ludmiła Siergiejewna wysłała mi zdjęcie płaszcza i wiadomość:

„Jeśli będziesz miała kiedyś wolny termin, napisz, ile kosztowałoby uszycie podobnego. Nie spieszy się”.

Podałam cenę i przybliżony termin.

Odpisała:

„Zastanowię się”.

Ostatecznie nie zamówiła płaszcza.

Za to torby z cudzymi spodniami przestały pojawiać się pod naszymi drzwiami.

Visited 89 times, 89 visit(s) today
Oceń ten artykuł