**Część 2 – Dalszy ciąg historii**
Ojciec na mnie nie spojrzał.
Patrzył na Clarę i cztery dziewczynki.
— Odpowiedz mi — powiedziałem. — Wiedziałeś o nich?
— Nie tutaj.
— Właśnie tutaj.
Clara przyciągnęła dziewczynki bliżej siebie.
— Zostaw go, Andrei. To już nie ma sensu.
Odwróciłem się do niej.
— Dla mnie ma. Jeśli to moje dzieci, liczy się każda minuta ostatnich pięciu lat.
Ojciec przesunął dłonią po czole.
— Sytuacja była bardziej skomplikowana, niż ci się wydaje.
Zaśmiałem się gorzko.
— Czworo dzieci, o których nic mi nie powiedziałeś. Co w tym jest skomplikowanego?
— Miałeś 28 lat. Miałeś zacząć pracę w firmie. Miałeś przed sobą przyszłość…
— A Clara do tej przyszłości nie pasowała?
Jego milczenie było wystarczającą odpowiedzią.
— Wiedziałeś, że była w ciąży?
— Dowiedziałem się później.
Clara przerwała mu:
— Nie później. Twoja matka wiedziała jeszcze przed porodem.
Ojciec zamknął oczy.
Poczułem, jakby ziemia usuwała mi się spod nóg.
— Mama też wiedziała?
Nie odpowiedział.
Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do niej.
Odebrała natychmiast.
— Andrei, gdzie jesteś? Diana pyta o ciebie i…
— Jestem z Clarą.
Zapadła cisza.
— Mamo?
— Andrei, posłuchaj mnie…
To mi wystarczyło.
— Wiedziałaś o dziewczynkach?
— Nie możemy rozmawiać o tym przez telefon.
— Wiedziałaś?
Po kilku sekundach odpowiedziała:
— Tak.
Rozłączyłem się.
W sali goście czekali, aż ogłoszę swoje zaręczyny.
A ja na korytarzu właśnie dowiadywałem się, że moi rodzice przez pięć lat ukrywali przede mną istnienie czterech możliwych córek.
Wziąłem ze stołu pudełko z pierścionkiem i podałem je ojcu.
— Wejdź do środka i powiedz wszystkim, że zaręczyn nie będzie.
— Nie podejmuj teraz żadnych decyzji.
— Pierwsza decyzja, którą od bardzo dawna podejmuję bez was, jest właśnie taka.
— A Diana?
Spojrzałem w stronę drzwi sali.
Diana nie zasługiwała na oświadczyny od mężczyzny, który jeszcze dziesięć minut wcześniej zastanawiał się, czy naprawdę chce się żenić.
— Z Dianą porozmawiam sam.
Odszedłem z Clarą i dziewczynkami.
Nie dlatego, że nagle staliśmy się rodziną.
Nie wiedziałem nawet jeszcze, czy naprawdę jestem ich ojcem.
Poszedłem z nimi, ponieważ po raz pierwszy chciałem poznać prawdę bez słuchania wersji moich rodziców.
W następnych dniach zrobiliśmy testy DNA.
Czekanie na wyniki było koszmarne.
Patrzyłem na zdjęcia dziewczynek, które Clara zgodziła się mi wysłać, i starałem się niczego sobie nie wyobrażać.
Potem przyszły wyniki.
Prawdopodobieństwo ojcostwa wynosiło ponad 99,9 procent.
Byłem ich ojcem.
Przeczytałem wynik trzy razy.
Cztery córki.
Cztery urodziny każdego roku, na których mnie nie było.
Ich pierwsze kroki.
Pierwsze słowa.
Pierwsze dni w przedszkolu.
Noce, kiedy miały gorączkę.
Święta Bożego Narodzenia.
Wszystko wydarzyło się beze mnie.
Zadzwoniłem do Clary.
— Wyniki już są.
— Wiem.
— Przepraszam.
Milczała.
— Za co?
— Za to, że mnie przy was nie było.
— Naprawdę nic nie wiedziałeś, prawda?
— Nie.
Jej głos się załamał.
— W takim razie zrobili to samo nam obojgu.
Tego wieczoru pojechałem do rodziców.
Matka płakała. Ojciec siedział w swoim gabinecie.
Na stole leżało kilka starych dokumentów.

Wśród nich był list.
Od Clary.
Na kopercie widniało moje imię.
List nigdy do mnie nie dotarł.
— Co to jest?
Matka spuściła głowę.
— Przyszedł po twoim wyjeździe do Niemiec na ten projekt.
Otworzyłem kopertę.
Clara napisała mi, że jest w ciąży.
Zostawiła swój nowy numer telefonu.
Poprosiła mnie tylko o jedno:
„Nawet jeśli już mnie nie kochasz, to dziecko jest również twoje. Proszę, zadzwoń do mnie.”
Spojrzałem na rodziców.
— Przeczytaliście go?
Matka zaczęła płakać jeszcze mocniej.
— Twój ojciec otworzył pierwszy list. Potem…
— Potem co?
— Przyszły jeszcze dwa.
Zrobiło mi się niedobrze.
— I je też przede mną ukryliście?
Ojciec wstał.
— Myśleliśmy, że cię chronimy.
— Przed moimi własnymi dziećmi?
— Przed życiem, na które nie byłeś gotowy.
— To nie była twoja decyzja!
Po raz pierwszy ojciec nie odpowiedział.
Matka próbowała się do mnie zbliżyć.
— Andrei, kiedy dowiedzieliśmy się, że jest ich czworo, wszystko było już…
— Co? Zbyt trudne, żeby się przyznać?
Znowu zaczęła płakać.
— Baliśmy się ci powiedzieć.
Wtedy zrozumiałem prawdę.
Na początku podjęli decyzję za mnie.
Potem każdy kolejny miesiąc milczenia sprawiał, że wyznanie prawdy stawało się coraz trudniejsze.
Aż w końcu kłamstwo stało się częścią naszego życia.
— Od dzisiaj nie podejmiecie już za mnie żadnej decyzji.
Ojciec spojrzał na mnie chłodno.
— Zamierzasz porzucić rodzinę dla tej kobiety?
— Nie.
Schowałem list Clary do kieszeni.
— To wy porzuciliście moją rodzinę pięć lat temu.
Wyszedłem.
Ale najtrudniejsza część dopiero się zaczynała.
To, że byłem ojcem dziewczynek, nie oznaczało, że one uważały mnie za swojego ojca.
Byłem dla nich obcym człowiekiem.
Na nasze pierwsze prawdziwe spotkanie przyniosłem cztery prezenty.
Clara zatrzymała mnie przy drzwiach.
— Nie próbuj nadrobić pięciu lat w jedno popołudnie.
Zostawiłem torby w samochodzie.
Wszedłem sam.
Na początku dziewczynki mówiły do mnie „Andrei”.
Zadawały proste pytania.
Dlaczego mam takie samo znamię jak jedna z nich.
Czy lubię naleśniki.
Czy umiem jeździć na rowerze.
Nigdy nie prosiłem ich, żeby mówiły do mnie „tato”.
Zacząłem regularnie je odwiedzać.
Odwoziłem je do przedszkola, kiedy Clara musiała wcześnie iść do pracy. Chodziliśmy do parku. Nauczyłem się, która z nich nie znosi pomidorów, a która zasypia tylko przy zapalonej lampce nocnej.
Z Clarą było trudniej.
Sześć lat miłości zamienionej w żal nie mogło zniknąć tylko dlatego, że odkryliśmy, kto nas okłamywał.
Pewnego wieczoru, kiedy dziewczynki już spały, powiedziała:
— Nie chcę, żebyśmy wrócili do siebie tylko dlatego, że mamy wspólne dzieci.
— Ja też nie.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
— Jeśli kiedykolwiek znowu coś między nami będzie, chcę, żeby stało się tak dlatego, że sami siebie wybierzemy. Nie ze względu na dziewczynki. I na pewno nie ze względu na moich rodziców.
Po raz pierwszy od naszego ponownego spotkania Clara się uśmiechnęła.
Minęły miesiące.
Nie wróciliśmy do tego, kim kiedyś byliśmy.
Zbudowaliśmy coś nowego.
Powoli i znacznie bardziej szczerze.
Pewnego niedzielnego poranka stałem w kuchni Clary i robiłem naleśniki.
Jedna z dziewczynek wbiegła do środka.
— Tato, mój bez dżemu!
Zamarłem z patelnią w dłoni.
Ona nawet nie zauważyła, co właśnie powiedziała.
Pobiegła z powrotem do swoich sióstr.
Ja zostałem bez ruchu.
Clara patrzyła na mnie z progu.
— Słyszałeś?
Skinąłem głową.
Nie mogłem mówić.
Nie mogłem odzyskać tych pięciu lat.
Żadne pieniądze ani żadne przeprosiny nie mogły zwrócić mi ich pierwszych słów, pierwszych kroków ani wieczorów, podczas których powinienem był być przy nich.
Mogłem jednak zdecydować, co zrobię z latami, które były jeszcze przed nami.
I wreszcie zrozumiałem coś, o czym moja rodzina przez całe moje życie próbowała decydować za mnie.
Rodzina to nie ci, którzy wybierają za ciebie twoją przyszłość.
Rodzina to ludzie, dla których każdego dnia na nowo wybierasz, by być obecnym.







